piątek, 28 listopada 2014

017 Obecność

Rozdział 17.

muzyczka


*Nie oceniam cie, Louis. Pragnąłem tylko Twojej pomocy, a teraz… Teraz okazuje się, że to ja muszę ci ją dać*


- Dlaczego te cholerne drzwi zawsze się zacinają?! - od progu da się usłyszeć krzyki Tomlinsona, który trzyma Joe’go za kołnierz i ciągnie go do salonu. Nie ma w sobie za grosz delikatności, ale nie obchodzi go to. Harry i Mikey wstają z kanapy.
- Niall, gdzie… - ucina, gdy dostrzega zielonookiego. Joe jest zakrwawiony, a w oczach Lou ukrywa się istny obłęd i Styles z początku czuje się źle w jego towarzystwie; jakby groziło mu niebezpieczeństwo. Wzrok Horana spoczywa na nim, gdy tylko znajduje się w pomieszczeniu. Jest niemal pewien, że jego spojrzenie jest przepełnione wstydem i zażenowaniem. To wszystko znika i zamienia się we frustrację, gdy Michael chwyta jego ramię i stara się wyprowadzić z pokoju.

- Wszystko Ci wyjaśnię, Harry. Teraz idź - z ust Nialla pada polecenie. Lokaty chciałby prychnąć, ale nie ma na to czasu; wyrywa się z rąk blondyna, skupiając na tym całą swoją uwagę.

- Niech zostanie - niespodziewanie odzywa się Louis. Joe terroryzuje go wzrokiem i gdyby Harry’ego nie było tutaj, zapewne dostałby w twarz, ale nie chce go dodatkowo niepokoić. Jest pewien, że Niall wystarczająco go nastraszył przez różne opowieści dotyczące jego osoby.
Nie chce pokazywać Harry’emu swojej twarzy potwora.
Michael puszcza lokatego, na co ten wzdycha z ulgą, a w pomieszczeniu nagle robi się cicho. Jedynie spojrzenia każdego z nich krzyczą - krzyczą jednak za cicho, niedostatecznie głośno, by ktokolwiek cokolwiek zrobił.

- Justin, zablokuj te cholerne drzwi - Malik pojawia się w drzwiach, a odgłos jego kroków rozchodzi się po pomieszczeniu. Jak zwykle ma na sobie ramoneskę i obcisłe, czarne, przetarte spodnie. Na jego stopach goszczą ciemne martensy, a Harry nie może rozpoznać w słabym świetle czy są granatowe czy czarne. Nie jest zdziwiony, gdy zauważa w jego ustach papierosa.
- Albo je kurwa wymień, cokolwiek - dodaje. - Nie spinaj się tak, Joe. Tylko pogadamy - zwraca się do chłopaka, po czym kieruje się w stronę kanapy. Jego buty muszą być cholernie ciężkie, bo dźwięk jaki wydają jest bardzo nieprzyjemny.

- Zayn, ja się tym zajmę - Liam desperacko próbuje zachować spokój, mówiąc drżącym głosem do Mulata. Niestety, jego próby na pewno się nie powiodą.

W momencie, w którym pięść Zayna zderza się ze szczęką Joe’go, w pokoju rozlegają się krzyki. Wszyscy wpadają w panikę, ktoś ciągnie Harry’ego za ramię, jednak wyrywa się i stara dostrzec, co dzieje się w samym centrum pomieszczenia.

- Kurwa, Louis weź stąd swojego cholernego chłoptasia! - słyszy głos zza swoich pleców i jest niemal pewien, że należy do Zayna. Nic dziwnego, w końcu go nie lubi.

- Malik, uspokój się do cholery - Louis syczy, po czym chwyta ramię lokatego, ciągnąc go do tyłu. Dopiero w korytarzu dostrzega jego zmieszany wyraz twarzy.
- Wszystko w porządku?

Harry prycha. O nic głupszego nie mógł zapytać.
- Chodźmy na górę - mówi.

Krzyki zaczynają cichnąć wraz z krokami oddalającymi się do sypialni. Uścisk dłoni szatyna na ramieniu lokatego zaczyna słabnąć, a ich oddechy powoli się uspakajają. Zielonooki czeka na wyjaśnienia.

- To był ten Joe, racja? - pyta, a Louis kiwa głową i po prostu siada na brzegu łóżka położonego w centrum pokoju. Harry usadawia się obok niego.
- Dlaczego go przyprowadziliście?

- Powiedział nam, że Trevor i Nick szukają Gemmy - głos szatyna drży, nie ma w nim typowej dla niego pewności siebie. Kątem oka spogląda na postać siedzącą po jego lewej stronie - Nie jesteś sam, Harry. Pomożemy ci - szepcze, zauważając jego puste spojrzenie.


Miłość może boleć,
Miłość może czasem boleć
Ale to jedyna rzecz
Jaką znam


- Wiesz… Po śmierci rodziców obiecałem sobie jedno - starszy przełyka ślinę, pozwalając chłopakowi kontynuować. - Przyrzekłem, że Gemmie nigdy niczego nie zabraknie; iż będzie bezpieczne. I starałem się tego słowa dotrzymać, płacąc czasami własnymi łzami… - zacina się, gdy w jego gardle tworzy się gula - Czekałem na nią z gorącym obiadem, gdy przychodziła z przedszkola. Starałem się być dla niej ojcem i matką, plotąc warkocze i pomagając w czasie przeziębienia, ale sądzę, że gdyby zaszła taka potrzeba umiałbym oddać za nią życie, jak najodważniejszy rycerz w jej królestwie. - Zapada cisza, która trwa minutę, może więcej. Wzrok Louisa spoczywa na splecionych dłoniach lokatego, próbującego powstrzymać drżące wargi.
- Wiem, że to moja wina. Nigdy sobie tego nie wybacze. Wciągnąłem ją do tego, tracąc wszystko po kolei. Co z Eleanor? Czym zawiniła? Dlaczego Bóg wybrał akurat ją? - przerywa zaledwie na sekundę - I… Dlaczego teraz wybiera Gemmę? - obdarza Louisa szkarłatnym spojrzeniem, w duchu roztrzaskując swoją czaszkę o kilkanaście murów.

Louis układa swoją dłonią na jego piersi, popychając go lekko do tyłu, przez co ląduje na plecach. Powoli, przepełniony współczuciem, wdrapuje się na wysokość jego twarzy i obejmuje go w pasie, chcąc sprawić, by chociaż na chwilę zapomniał o rzeczywistości, która go otacza.
- To my jesteśmy pionkami w tej grze, Harry. I zrobię wszystko, by nie mieszać do tego naszych bliskich - mówi niespodziewanie, posyłając w jego stronę nieśmiały uśmiech. Ich ciała obok siebie, tworzą coś w rodzaju jedności.

- To takie znajome - Harry wzdycha, a jego klatka piersiowa unosi się wraz z ręką szatyna, która na niej spoczywa.

- Co? - pyta zdezorientowany.

- To - wzrusza ramionami - Leżymy, jak wtedy, gdy byłeś po prostu moim nauczycielem.
Miał rację. To takie znajome.


Miłość może leczyć,
Miłość może naprawić Twoją duszę
I to jest jedyna rzecz
Jaką znam




Następny poranek wcale nie należy do najgorszych. Harry podnosi się z łóżka, natychmiast przypominając sobie o Gemmie. Wybiera jeden ze swetrów leżących na krześle, po czym udaje się w stronę pokoju, w którym znajduję się dziewczynka. Niestety, po uchyleniu drzwi doznaje szoku, ponieważ… Nie ma jej tam.
Jego ciało natychmiast oblewa zimny pot. Niemal natychmiast przypomina sobie wczorajszą rozmowę z Tomlinsonem, co dodatkowo sprawia, że niemal umiera z przerażenia.

- Gemma! - jego poranna chrypka z pewnością nie należy do przyjemnych, ale nie zawraca sobie tym głowy. Przeczesuje palcami swoje loczki - Do cholery - szepcze.

- Gemma jest na dole - z łazienki naprzeciwko wychodzi Niall, a Harry wzdycha z ulgą i lekką irytacją. To logiczne, że nic jej się nie stało. Jest bezpieczna.

Wiedząc, że musi zejść na dół, postanowił zaopatrzyć się w jakiekolwiek spodnie, dlatego ponownie wrócił do sypialni. Przypadek sprawił, że tym razem z balkonu dobiegał dźwięk głośnej rozmowy pomiędzy Louisem a Zaynem. Pech chciał, że jego pokój i ten, w którym szatyn i Harry spali, łączył duży, wspólny balkon.

Lokaty jest tylko człowiekiem, a ciekawość, która go ogarniała, wygrała. Zatrzymał się w półkroku, sprawiając, że skrzypiący podłoga ucichła, a głosy na balkonie nasiliły się.

- Zayn, dobrze wiesz, że nie mogę go teraz zostawić - szepcze Lou.

- Do cholery, miałeś znaleźć w tej szkole Joe, a nie bawić się w niańkę - Zayn jest zirytowany - Gdybyś powiedział nam w porę, moglibyśmy to zatrzymać.

- Nie mówiłem, bo wiedziałem, jak zareagujecie! - Harry wyraźnie słyszy, że szatyn staje się nerwowy.

- A ty jakbyś postąpił?! Za mało ci ofiar?! - Zayn podnosi głos - No dalej, zrób mu to samo, co zrobiłeś Perrie!

- Zayn j-ja… - w jednym momencie Louis załamuje się i pęka na miliardy drobnych kawałeczków. Błagał, przepraszał, płakał, płaszczył się przed nim, ale to nie pomogło. Zayn wciąż pamięta incydent sprzed kilkunastu miesięcy i tylko on wie, jak bardzo boli utrata ukochanej osoby. Louis natomiast zaznał ciężaru poczucia winy, które nie mija, a z dnia na dzień staje się coraz bardziej nie do zniesienia. - Tak bardzo cie przepraszam, Zayn, wiesz, że żałuję, a-ale… To przeszłość. To tylko przeszłość…

Słyszy dźwięk zamykanych drzwi, co oznacza, że Zayn wszedł już do siebie, jednak nie rusza się z miejsca. Czeka tam, aż Lou wejdzie do pokoju i obdarzy go zdruzgotanym spojrzeniem, a następnie rozklei się całkowicie.

Po chwili tak właśnie się dzieje, a gdy tylko otwiera swoje ramiona, by przytulić go do swojej piersi, ten kręci przecząco głową i z ledwością szepcze:

- Musimy porozmawiać.


*


- Mów, Louis. - prosi Harry, przeczesując lewą dłonią włosy. Prawą wciąż trzymał na kolanie niebieskookiego.

- To.. - ucina, gdy czuje, że zbliża się kolejna fala cholernego płaczu. Dopiero gdy lokaty znowu go przytula, uspakaja się i jest w stanie mówić - Byłem z Perrie, gdy zginęła i…. Ja-mój boże, jestem potworem.

- Shhh, Loueh - Harry składa miękki pocałunek na jego czole, co zaskakuje ich oboje, ale żaden tego nie komentuje. Nadal siedzą na łóżku, z nogami po oby dwóch stronach swoich bioder. Gdyby Louis tylko chciał, mógłby przysunąć się do niego, a ich miednice zderzyłyby się ze sobą.

- Jestem potworem - powtarza uparcie, a Harry zaciska palce na jego kolanie, po chwili wędrując wyżej, by złapać jego biodro. To samo robi z drugą ręką, przez co ma nad nim całkowitą kontrolę. Dotyk, jest teraz czymś, co uspakaja szatyna.

- N-nie, Lou. Pamiętasz co mówiłeś mi o potworach? - Harry stara się utrzymać go przy sobie - Nawet najgo…

- Harry, nie jestem tego typu potworem - Lou przerywa mu, zanim zdąża cokolwiek powiedzieć - Nie łamię ludziom serc, ja… Ja całkowicie je im niszczę - nie spogląda na niego. Nie ma siły patrzeć na kogoś, kogo tak bardzo potrzebuje. Nie chce odbierać mu życia, swoim zmęczonym spojrzeniem. Fala łez wylewa się z jego oczu.
Zależy mu na Harry’m, ale to nie ma teraz znaczenia, skoro oby dwoje są w niebezpieczeństwie. Uwielbia go przytulać, kocha jego uśmiech i jest w stanie zaakceptować nawet to, że boi się najcichszego szmeru, który może usłyszeć z największej odległości. Trudno mu się do tego przyznać, ale wróciłby do czasów, w których zielonooki był tylko grzecznym, cichym uczniem, który za każdym razem intrygował go coraz bardziej i bardziej.

W tej grze nie chodzi już o żadną broń, czy informacje na temat Joe, Trevora i Nicka, ale o bezpieczeństwo Gemmy i Harry’ego. Lou nie czuje, tego co wcześniej - poczucia winy, współczucia. Pragnie tylko lokatego i wie, że musi mu pomóc - z czystej sympatii.
- Louis, do cholery o czym ty mówisz? - Harry chwyta jego podbródek w oby dwie dłonie, po czym unosi go, zmuszając szatyna tym samym, by na niego spojrzał. Oczy Louisa są jasne, zaczerwienione i nie wyrażają nic prócz całkowitego rozbicia.

- Jestem mordercą, Harry. Zabiłem Perrie.


Przysięgam, że zrobi się prościej,
Pamiętaj to każdym kawałkiem siebie
I to jest jedyna rzecz jaką możemy wziąć ze sobą umierając.


*

Po pierwsze muszę przyznać się do czegoś okropnego - mianowicie, zaczęłam masowo kończyć one shoty. Jest ich chyba z siedem (w tym jeden, który piszę od kwietnia 2013) i chyba nie mogę się w tym odnaleźć. Cóż, za dużo pomysłów, co skutkuje w tym, że nie radzę sobie z opowiadaniem. Przepraszam za tą cholerną zwłokę, naprawdę.
Wow, woow, wow. Napisałam to, naprawdę to napisałam!
Wiecie już, o co chodzi z Louisem i Perrie, ale nie wiecie w jakich okolicznościach to zaistniało, ani kto ma/miał wpływ na Lou, dlatego don’t judge him. Będzie dobrze (bo cóż innego mogę napisać)
Do następnego!

1 komentarz: