piątek, 28 listopada 2014

018 Obecność + POWRÓT NA BLOGGERA, JEJ!

Rozdział 18.



*Czas.
Czasami wydaję mi się, że to on jest winowajcą wszystkich moich nieszczęść - nie wiem. Może zaczynam wariować.
Pomóż mi zatrzymać czas, Louis*


Czasami, gdy wydaje nam się, że czas w końcu stał się dla nas łaskawy, dzieje się coś, co nieoczekiwanie każe mu przyspieszyć. Pędzi, nie dając nam żadnej chwili na uspokojenie oddechu - musimy biec. Nie mamy czasu martwić się o to, na co wcześniej dostaliśmy mnóstwo dodatkowych godzin.
Harry czuł się podobnie. Po wyznaniu Louisa czas przyspieszył.

Wykorzystał wszystko swoje szanse i był zbyt zmęczony, by próbować walczyć o kolejne. Może nie teraz, może w innym życiu, ale nie dziś.

Jak budząca się do życia metropolia, jego problemy zaczęły się rozrastać. Minęły dwa dni, podczas których wszyscy byli dla siebie cholernie niegrzeczni, aż zabrano Harry’ego do jego mieszkania. Jechał z nim Louis i Zayn, co ani trochę nie odpowiadało żadnemu z nich. Atmosfera w samochodzi od samego początku była okropnie napięta. Panowała cisza i najwyraźniej nikt nie miał zamiaru jej przerwać. Nawet Louis - ten Louis, których obiecał, że mu pomoże.
Harry nadal uważał, że z jakiegoś powodu Zayn go nie lubi, jakby był chłopcem z piaskownicy, nieproszenie przyłączającym się do zabawy jego i Tomlinsona - przywódców placu zabaw. Zabiera mu wszystkie zabawki, aż w końcu znika z nim też Louis, a Zayn staje się zły. Bardzo zły.
Harry wiedział jednak, że stosunki łączące Mulata i szatyna nie są przyjacielskie. Właściwie nie umiał znaleźć dobrych określeń, opisujących ich więź. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie nurtuje go ta sprawa.

- Po co tu przyjechaliśmy? - pyta Harry, ale odpowiada mu cisza. Dziwnym trafem właśnie w tym samym czasie samochód gaśnie i wszyscy wysiadają. Dostrzega broń za spodniami Zayna, gdy jego koszulka przez chwile podwija się do góry, przy wysiadaniu i zastanawia się, czy Louis również ma takową przy sobie.

- Louis - Malik jakby dostrzega jego wachania i odzywa się ostrzegawczo do Louisa. On tylko kiwie głową, po czym spogląda na lokatego i wskazuje ręką na kamienice, w kierunku której ma ruszyć.
Kompletnie nic się nie zmieniło.
Budynek, na tle kilku innych wyglądających tak samo, wcale nie przypomina miejsca, w którym jeszcze kilka dni temu zginęła młoda kobieta. To śmieszne, że ludzie nigdy nie dotrzegają rzeczywistości, która przemyka im przed nosem.

Jest cicho, a w okolicy nie ma śladu żadnej żywy duszy. Gdzieś z daleka słychać krzyki dzieci, które jego z tej odległości wydają się kompletnie nie obecne. Buty Zayna są ciężkie i dosyć głośne, uderzające o chodnik, prowadzący do klatki, w której mieści się mieszkanie Harry’ego. Żałosne, ale nie czuje się tu dobrze. Nagle dostrzega wszystko, na co wcześniej nie zwracał uwagi. Za kontenerami walają się butelki z niedokończonym alkoholem, co oznacza, że dosyć często musiały odbywać się tutaj libacje alkoholowe. Parking samochodowy jest tak naprawdę tylko placem na którym można było urządzać przeróżne pokazy samochodowe ulicznych gangsterów. Za murami kamienicy dilerzy, czy narkomani mogli przekazywać sobie używki, a w garażach podejrzani sąsiedzi mogli trzymać broń. Wszystko wydaje się zmienić, chociaż w praktyce jest takie samo.
Docierają do klatki i Harry wsytrzymuje oddech, gdy Zayn otwiera drzwi, a następnie kieruje się do drzwi jego mieszkania i również odbezpiecza wejście. Mimo, że jest już czerwiec, czuje dreszcze na swoich plecach.

- Harry, możesz chwycić moją rękę - Louis szepcze do jego ucha, a on niemal przeklina w myślach. Spogląda na niego, ale ten wpatrzony jest w Mulata, który powoli przekracza próg mieszkania. Cholera, nie ma czasu.

Styka własną dłoń z jego.

- Nie bój się - dodaje Tommo, po czym ciągnie go do środka.
Harry chciałby móc pomyśleć nad tym, jakim cudem palce szatyna prześlizgują się po jego, skoro od dwóch dni nie utrzymywali dobrych stosunków, ale nie ma czasu. Podłoga skrzypi pod jego stopami.

- Musimy sprawdzić, czy nie masz zamontowanego podsłuchu, bo ostatnim razem, kiedy tu byliśmy, to uh… - Malik zatrzymuje się w swojej wypowiedzi, wiedząc, że każdy dobrze wie, o czym mówi. Ostatnim razem Louis znalazł broń w jego szafie, po czym odrazu wrócił do domu. Nie zdążyli nawet sprawdzić wszystkich pomieszczeń.

Pierwszym celem jest oczywiście kuchni w której Harry rozmawiał z Eleanor. I nie, nie ma zamiaru teraz płakać, ale do cholery - to trudne. Zapach kawy uderza w jego nozdrza, zupełnie jak tamtego popołudnia.

- Sprawdzimy łazienkę i sypialnię - ogłasza Lou, po czym prowadzi Harry’ego do mniejszego pomieszczenia. Po zamknięciu drzwi opiera się o nie i z chytrym uśmieszkiem na ustach.
Zakłada ręce na wysokości klatki piersiowej.

- Jako Twój nauczyciel powinienem zganić cie za nie chodzenie do szkoły - wypala nagle, przez co oczy Harry’ego przybierają rozmiarów pięciozłotówek.

- Chciałem rozluźnić atmosferę - wzrusza ramionami, dostrzegając minę Stylesa. - Od kilku dni jesteś spięty, um… Po tym co ci powiedziałem, tak jakby się mnie boisz, czy coś?

- C-co? Ja tylko… - Harry desperacko stara się opanować sytuację, ale jego serce przyspiesza i przez chwilę przyznaje przed samym sobą, że w pewnien sposób zawsze się go bał. I gdyby nie zaistniała sytuacja, roześmiałby się w duchu - Lou miał rację mówią, że w jakimś sensie odczuwał strach w stosunku do jego osoby.

- Właśnie dlatego chciałem zachować wszystko w tajemnicy - westchnął Lou.

- Oh - Harry pociera rękami swoje ramiona - Więc żałujesz, że mi powiedziałeś?

- Tak - szkarłatny szept wydobywa się z pomiędzy warg szatyna. - Gdy teraz o tym myślę, cieszę się, że nasza rozmowa zakończyła się w tamtym momencie - przyznaje.

- Cóż, więc wolisz nadal kłamać? - lokaty unosi brwi lekko zdenerwowany.

- Sam widzisz, że szczerość nam nie służy - szatyn lekko się irtyuje - Nie odzywałeś się do mnie dwa, pieprzone dni! Wiesz jak ciężko jest nie słyszeć twojego głosu?

Wystarczyła chwila, by Harry kompletnie zamarł, a Louis zakrył dłonią usta, jakby nie chciał powiedzieć już czegoś nie na miejscu. Zielonooki przez chwile starał się rozszyfrować Tomlinsona, ale za cholerę mu się to nie udało, więc czekał na jakikolwiek ze strony ruch chłopaka.

- Wiesz? - szepcze w końcu, jakby nadal oczekiwał odpowiedzi na swoje pytanie.
Lokaty kręcić przecząco głową.
- Do tej pory myślałem, że nie będę musiał się o tym przekonywać - zaczął - To jest kompletnie do dupy. Gorsze, niż noce w których nie było cie w moich ramionach.

Za każdym razem, kiedy Harry tłumaczy sobie, że Louis nie jest odpowiedni dla niego i stara się przestać żyć każdym jego oddechem, on wyskakuje z takimi wyznaniami. I to naprawdę nie jest tak, że Harry ich nie lubi. Wręcz przeciwnie - cieszy się, słysząc to wszystko z ust Tomlinsona, ale… Nie powinien. Bo Louis jest złym człowiekiem.
 Ty też nie należysz do dobrych, Harry dodaje głos w jego głowie. I lokaty musi przyznać mu rację.

- I co mam teraz powiedzieć, Louis? - Harry pyta, a Lou z zaciekawieniem przygląda się jego reakcji - Czuje się wyobcowany, okłamujesz mnie i dajesz coraz więcej powodów do tego, żebym ci nie ufał.

Louis czuje, że Harry uderza w jego słaby punkt. Zaufanie.
Z zamyśleniem pociera skronie i zupełnie nie obecnym głosem szepcze:
- Perrie mi ufała - wyznaje - I popatrz, co z tego zostało. Kompletnie nic. Pustka.
Harry zaciska swoje duże dłoni w pięści.

- Nie poruszaj tego tematu, jeśli nie masz zamiaru mi go wyjaśnić, okej? Zabierzmy się lepiej do roboty.

Tommo lustruje wzrokiem swojego towarzysza, po czym prycha i zaczyna przeglądać pomieszczenie. Przeszukuje szafki nad zlewem, podczas gdy Harry zajmuje się zabudową nad wanną, od czasu do czasu przyłapując się na spoglądaniu w jego stronę. Cóż, nic nie wydaje się być na tyle istotne, by przerywać panującą ciszę, gdy lokaty nagle o czymś sobie przypomina. Z przerażeniem przenosi wzrok na szatyna, który otwiera najwyższą półkę, w której trzymał coś, czego Gemma nie mogła dostać w swoje małe rączki.

Przymyka oczy i czeka, bo sekundy dzielą go od odkrycia przerażającej tajemnicy.
Wydaje się, że Louis w jedynej chwili wstrzymuje swój oddech. Zaciska chude palce na pódełeczku pełnym temperówek, żyletek, czy ostrzy z golarek. Harry spogląda na niego, nie pewnie opierając się o stojącą za nim pralkę.
- Harry.. - głos Louisa jest lekko zachrypnięty, dlatego chrząka, by brzmieć pewniej - Błagam, powiedz, że…
Styles opuszcza wzrok na własne buty.
- Słodki Jezu, Harry. Kochanie, j-ja… - stara się dobrać odpowiednie słowa, ale Harry ucisza go gestem ręki i pociąga nosem.

- To nic - mówi, naprawdę tak myśląc. Jeśli ma być szczery, on sam zapomniał o tym przeklętym pudełku schowanym w półce. Nie używał tego świństwa od kilku, a nawet kilkunastu tygodni.
Louis spogląda na niego po raz kolejny, wodząc wzrokiem po zawartości pudełeczka i jego twarzy. Teraz wszystko zaczęło składać się w całość - jego strach, ten ból ukryty w jego oczach, którego za wszelką cenę chciał się pozbyć - był tylko skutkiem wielu złych rzeczy, których Harry doświadczył.
Nagle znowu pragnie być tylko nieznajomym nauczycielem, który chce mu pomóc.

- Nic? - szepcze z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy.

- Nic - powtarza swoje słowa, po czym odwraca się, ociera oczy i jeszcze raz na niego spogląda. Stara się uśmiechnąć, ale kompletnie mu to nie wychodzi. - Zapomnijmy o tym, okej?

- C-co, Harry, ty nie mówisz poważnie - Louis stwierdza - Jeśli myślisz, że…

Jego słowa zostają przerwane przez Mulata gwałtownie otwierającego drzwi do łazienki. Louis zdąża na szczęście schować zamknięte pudełko do kieszeni.

- Daj młodemu broń - instruuje, rzucając dwie spluwy na jego kolana, które w porę łapie. Uśmiecha się zadziornie, po czym odbezpiecza spust - Mamy towarzystwo.


*


Harry wiele razy myślał, że gra w której się znajdował to tylko głupota, która prędzej czy później komuś się znudzi. Niestety, intuicja wielokrotnie go zawodziła, dlatego i tym razem scenariusz zmieniony był o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz stoi we własnej sypialni, pakując więcej ubrań dla siebie i Gemmy, pilnowany przez dwójkę uzbrojonych chłopaków. To już nie jest zabawa - skończyły się czasy w których po prostu mijał się z zagrożeniem. Teraz za każdy błąd mogli przypłacić życiem.
Zayn rzucił okiem na lokatego.

- Gotowe - szepta żałośnie zielonooki, zawieszając torbę na ramieniu. Louis, widząc jego trud, postanawia mu pomóc.

- Powiesz nam w końcu o co chodzi? - pyta szatyn, kierując swój wzrok na Malika. Ten wzrusza ramionami, spoglądając na swoje czarne martensy.

- Jesteś pewien, że Harry nie ocipieje i nie zwieje? - zgryźliwy komentarz uderza w lokatego prawie tak mocno, jak świadomość, że to wcale nie koniec.

- Zayn.. - Lou obdarza rozczarownym spojrzeniem, po czym przepraszająco ściska ramię Harry’ego, jakby mówił, że wszystko będzie w porządku.

- Cóż, okej - Zayn uśmiecha się zadziornie - Pomyślałem, że skoro mieszkanie stało tutaj zupełnie puste, Trevor i Nick przyszykowali dla nas mnóstwo niespodzianek. Wiedzieli, że tu wrócimy, dlatego zamontowali czujnik ruchu, żeby wiedzieć, kiedy to nastąpi. Ale wyprzedziłem ich i zanim tutaj dojechaliśmy poprosiłem Michaela, żeby obserwował okolicę, dopóki nie wyjdziemy. Tak, jak myślałem, zaraz po naszym przyjeździe zjawili się tutaj chłopcy Trevora. - ciemnooki wydaje się być dumny z siebie, kiedy ostatnie zdania opuszczają jego usta. - Są przed blokiem i czekają, aż z niego wyjdziemy, żeby odbić Harry’ego i przekazać go Nickowi. Trevor, oczywiście, dostanie za to sporą działkę.

Harry przymyka oczy, ale stara się sprawiać wrażenie kompletnie nie wyprowadzonego z równowagi. Nie chce dać im tej satysfakcji - to nie jest odpowiednie miejsce ani czas na to, by obnażać przed resztą swoje słabości.
Zaciska powieki i postanawia być silnym.
Kiedy otwiera oczy, przygryza wargę i czuje się jak nowo narodzony, gotowy do walki mężczyzna.

- Wszystko w porządku? - pyta Lou, wyraźnie zamrtwiony. Malik prycha.

- Chodźmy się zabawić - mówi, po czym uchyla drzwi swoim prawym martensem.

- Jak masz zamiar to zrobić, Malik? - Louis gestem ręki nakazuje, by lokaty szedł za nim. - Ostrzelają nas, jeśli wyjdziemy tymi cholernymi drzwiami!

- Właśnie dlatego ich nie użyjemy.

Zayn wychodząc z mieszkania nie pieprzy się z ostrożnością - ma przy sobie broń i czuje się naprawdę pewnie. Nawet, jeśli któryś z ludzi Trevora zauważyłby go, może nacisnąć spust. Zamiast użyć wolnej dłoni, kopie w drzwi, uchylając je. Kieruje się na ostatnie piętro, przekraczając co drugi schód, a Louis i Harry potulnie za nim podążają. Szatyn czuje się cholernie odpowiedzialny za lokatego, dlatego pilnuje go sumiennie, nawet jeśli w niektórych momentach jest to zbędne.
Głośnie odgłosy, wydawane przez ciężkie buty Malika w końcu cichną, a sam zainteresowany zatrzymuje się przed włazem, prowadzącym na dach.

- Panienki przodem - mruczy zgryźliwie, po czym spogląda wymownie na Harry’ego, który jest w stanie tylko wywrócić oczami - Oh, żartowałem, spokojnie - dodaje ciszej, rezygnując z głupich żartów i wdrapuje się po drabinie na górę. Harry wychodzi zaraz za nim, a Louis jest ostatni i musi zamknąć za sobą właz.

- Co teraz? - pyta niepewnie Harry, co lekko zaskakuje Malika. Przenosi na niego swój zaskoczony wzrok, po czym porusza brwiami.

- Nie daj się postrzelić - odpowiada wymijająco, ale wystarczająco, by Harry zrozumiał. Malik przykuca obok chłopaków, po czym przeczesuje ciemne włosy palcami i mruży oczy skupiając się na czymś. Wiatr wieje prosto w jego twarz.
- Na tamtą kamienice - wskazuje palcem na budynek odległy o kilkadziesiąt metrów - dostaniemy się przechodząc po dachach. Te gnojki prawdopodobnie nas zobaczą, dlatego musimy się spieszyć.
Nie tak sobie to Harry wyobrażał. Obraz w jego głowie zawsze pełen był krwi, palipitacji serca i łzy rozpaczy, tymczasem nie czuje nic prócz strachu i adrenaliny. Tak, jakby przekraczał prędkość swoim samochodem, ścigany przez policję. Nie może dać się złapać.

Szaleje, gdy Zayn mruga do niego i szpecze coś w stylu “wiem, co teraz czujesz”, po czym ciągnie go za sobą i startuje, a zaraz za nimi zrywa się Louis.
Do cholery, biegną szybko i Harry prawie nie czuje nóg. Nie ma bladego pojęcia jak opisać, to co odczuwał, gdy Malik nie potraktował go jak śmiecia, ale kogoś znajomego. Satysfakcja? Być może.
Słyszy sapanie Louisa, gdy zatrzymują się, by uporać się z przeszkodą w postaci przerwy między budynkami, ale nie jest duża, dlatego szybko wracają do biegu. W jednym momencie Malik krzyczy coś, a w drugim rozlega się huk i wszyscy trzej padają na ziemie.

Mija kilka sekund, żeby Harry zorientował się, że ciemnooki chwycił go za podkoszulek i pociągnął na betonowe podłoże, sprawiając, że uderzył w nią głową i jego warga krwawi. Louis niespodziewanie chwyta jego dłoń. Teraz Harry ma już pewność, że to było zamierzone, a ich ciała leżą na dachu tylko dlatego, żeby kule wroga nie mogły ich dosięgnąć.

Malik klanie pod nosem - Musimy się tam jak najszybciej doczołgać, kurwa.

- Które wejście? - dopytuje szatyn.
Zaynw odpowiedzi wskazuje po raz kolejny na kamienice, która tym razem znajduje się już o wiele bliżej.

- Zauważyli nas? - Harreh postanawia się odezwać. Jego nadgarstki stare są aż do skóry, ale nie odczuwa bólu. Ma po prostu ochotę jak najszybciej się stąd wydostać.
Chłopak nie dostaje odpowiedzi. Louis odlicza pod nosem do trzech, po czym podnosi się i biegnie coraz dalej, sprawiając, że Harry nie nadąża. Jego coraz dalej, a on wciąż słabnie, ale nie zwraca na to uwagi, bo ktoś niespodziewanie woła jego imię. Nie musi odwracać się, by wiedzieć, że to jego matka. Słyszy w głowie jej głos, który pomaga mu biec - uciec od śmierci, która nadejdzie, jeśli odpuści. Postanawia jej posłuchać i już po kilkunastu sekundach pada przy wskazany włazie.
Czas znowu okazał się jego wrogiem. Znowu przyspieszył.


*


Witajcie.
Z góry przepraszam za błędy, bo rozdział jest nie sprawdzony i dodany z moblinego, dlatego mogły się pojawić.
Rozdział późno, ale jest jednym zmoich dłużych. Jak widać tydzień nie jest dla mnie wystarczający, ale to wszystko przez tą cholerną naukę. W dodatku pracuję nad nowym ff i potrzebuję waszej pomocy - Larry czy nie Larry? Wszystkiego dowiecie się później :)
Pamiętacie “Voices inside of my head” - one shota, którego pisałam w styczniu? Na wattpadzie piszę jego kontynuację :) jeśli was to interesuje zapraszam, możecie mnie znaleźć pod nazwą: werxjano

      "Teraz pytanie, na które muszę uzyskać odpowiedzi. Czy mam publikować również na blogspocie? Wiecie, mogę pisać na tumblrze i bloggerze - decyzja należy do was :)
(Tak, żal mi prawie dwuletniego bloga :’()"
~ odpowiedzią na to pytanie jest chyba sam fakt, że dodałam resztę rozdziałów na bloga, racja? wracam, bo 100k wyświetleń, które zastałam są najlepszym co mnie w życiu spotkało KOCHAM WAS!

6 komentarzy:

  1. Boże nareście :* Jak zawsze boski rozdział.. <3 Kiedy następny? <3 Pozdro xd

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, jejku hahaha. Tak bardzo tęskniłam za komentarzami ugh shfbnvsnaksnwbz
    Następny... Hm, naprawdę nie mam pojęcia. Nie jest jeszcze nawet zaplanowany, ale w miarę możliwości postaram się go dodać niedługo :) ((być może w tym tygodniu))

    ~ Czekoladka

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej ! Zapraszam na NOWY spis fanfiction ! <3
    Bądź jedną z pierwszych osób ! <3
    http://kraina-fanfiction.blogspot.com/

    Pozdrawiam.
    P.S. Świetny blog ! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej. /starsza młodzież/ Jak kiedyś pisałam jestem pod ogromnym wrazeniem Twojego talentu. Piszesz na prawdę świetnie. Nie tak cukierkowo /gdzie tylko ochy i achy no i szybko sceny łóżkowe/ chociaż nic przeciwko nie mam haha/ po prostu wszystko ma swój czas i miejsce. Akcja rozwija sie w odpowiednim tempie jak dla mnie oczywiście. Mogę na spokojnie pomyśleć nad każdym rozdziałem. Podoba mi się to iż bohaterowie nie są jednoznaczni / tzn. albo zli albo dobrzy/ po prostu skomplikowani i tyle. Lou mnie przeraż a jednoczesnie intryguje i fascynuje, jego osobowość. Dość tajemnicze. Co do ostatniego rozdziału to fajnie że coś tam sie dowiadujemy , podobała mi sie scena na dachu, czytałam ja i w głowie miałam jedno, zdążą.... czy nie, uda się czy nie. Oj ciekawa jestem czy Lou wszystko powie Harremu i kim na prawdę jest i czym sie zajmuje i czy powaznie mysli o Harrym i czy Harold jest w stanie zaakceptować skomplikowanego Lou. Oj tyle jeszcze niewyjasnionych spraw. A w ogóle to dalczego wszyscy się uczepili Loczka. Innych ludzi nie ma??!!! ha ha Co do Twoich pytań lubię Larrego, pisz gdzie Ci lepiej ale tutaj mogę dodać ciut dłuższy komentarz. Chyba ze wolisz... czytała i jest ok.... Czasem mam wene i pisze coś dłuższego nie zawsze mądrego - zaznaczam!!! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Taaak zdecydowanie Cie kocham <3 ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. <3 czekam na następny rozdział ;*

    OdpowiedzUsuń