wtorek, 23 grudnia 2014

Wesołych Świąt!

Niestety, jestem kiepska w składaniu życzeń, ale postaram się. Po pierwsze i najważniejsze - ciepłych, rodzinnych świąt, bo czyjaś obecność (tak troszkę podtekst do ff haha) jest jak najbardziej potrzebna, racja? Mam nadzieję, że dostaniecie wspaniałe prezenty, chociaż nie są one najważniejsze, ale zawsze człowiekowi cieplej na sercu, jeśli takowy otrzyma :) Zdrówka i cierpliwości, bo w naszym fandomie naprawdę jej potrzeba, spełnienia marzeń, więcej wspaniałych wspomnień! Dziękuję wam za wszystko, bo pomimo, że ten rok był baardzo różny i zakręcony, wciąż jakaś część z was tutaj jest.
Bawcie się dobrze w sylwestra (ale bezpiecznie) x pozdrawiam, smacznej kolacji!

+ Wierzycie w to? Za kilkanaście dni ten blog będzie miał już dwa lata! Omg

poniedziałek, 22 grudnia 2014

019 Obecność

Rozdział 19.

*Jestem gotów, by tak po prostu, oddać ci mój każdy, najzwyklejszy dzień*

- Gdzie jest Louis!? - Harry krzyczy zdesperowany, pchając Malika na jedną ze ściań budynku. Minęło kilka minut odkąd dotarł do wskazanej kamienicy, ale kiedy wreszcie to zrobił, Louisa nie było w pobliżu.
A Zayn po prostu nie chce współpracować.

- Uspokój się, do cholery! - Mulat posyła mu groźne spojrzenie, ale nie rzuca się na niego, jak podejrzewał, że zrobi - Zszedł na dół, żeby znaleźć Michaela, który miał tu czekać, ale najwidoczniej coś poszło nie tak - warknął ostatecznie, szarpiąc końcówki swoich włosów. Odszedł od niego na parę kroków, wyglądając przez nie wielkie okno na klatce schodowej.

- Nie mogłeś sam tego zrobić? - Harry zapytał wściekły - Myślę, że masz już dość ofiar, racja?

- Kurwa, nie bądź taki pyskaty - Zayn splunął - Myślisz, że mi na nim zależy?

Harry uniósł swoje brwi ku górze - A nie?

- Jasne, że nie - prychnął.

- A ja myślę, że tak. Tylko sam nie chcesz tego przyznać - odparł lokaty. Wstał ze schodów, po czym zaczął kierować się do wyjścia z kamienicy.

- Czekaj. Gdzie idziesz? - ciemnooki zatrzymał go w pół kroku.

- Poszukać Louisa, to chyba oczywiste - warknął w odpowiedzi. Uśmiechnął się pod nosem, gdy zobaczył, że Malik podąża za nim.

Zależało mu.

- Więc, jak układa ci się z Louisem? - Zayn zapytał, gdy spokojnym krokiem odchodzili jak najdalej od kamienicy. Harry prychnął zirytowany.

- Układa? Co to ma znaczyć?

- Nie wmówisz mi, że jeszcze się nie pieprzyliście - tym razem to na twarz Mulata wkradł się uśmieszek.

- Palant - Harry mruknął pod nosem - O co ci chodzi, hm? Najpierw udajesz, że nic cie nie rusza, a teraz jesteś wścibski - zauważając, że Zayn niczego nie skomentował, kontynuuje:
- Zastanów się nad sobą, koleś. Mścisz się na nim za śmie...

Harry poczuł przeszywający ból w ramionach, a zaraz także i w plecach, przez co przymknął gwałtownie oczy, a gdy ponownie je otworzył, ujrzał dyszącego Malika przy sobie. Jego oczy wywiercały dziure w jego zielonych tęczówkach, a palce wbijały się w odkryte ramiona.

- Nie waż się kończyć tego zdania - warknął zirytowany, pchając go bardziej na ściane za jego plecami - Chciałem tylko wiedzieć, kogo ten dupek posuwa, to wszys-

- Nie jesteś taki - Harry przerywa mu.

- Co? - Malik wygląda na zupełnie zdezorientowanego.

- Boże, spójrz tylko na siebie. Założę się, że wcale tak nie myślisz. Grasz takiego kutasa, bo tak jest po prostu łatwiej - lokaty klasnąłby w dłonie, gdyby nie przytrzymujący go Zayn, gdy dostrzegł w jego oczach cień niepewności. Trafił w samo sedno jego skamieniałego serca. Jednak nie miał pojęcia, że Malik tego nienawidzi.

- Pierdolisz głupoty! - gwałtownie sięgnął ręką w stronę swojego pasa, wyciągając ze spodni broń, która szybko znalazła się przy głowie lokatego.

Więc był tu, a czas niemal stanął w miejscu, gdy uświadomił sobie, że zimny metal dotyka jego skroni. Z ledwością opierał się o mur, o którego istnieniu prawie zapomniał. W oczach Zayna tańczyły niebezpieczne iskierki, które sprawiały, że jego żołądek skręcał się.
Rozpętał prawdziwe piekło, w którego centrum właśnie się znajduje i zdaje się, że żaden archanioł nie jest w stanie go ocalić.
Czy to tak miał umrzeć? Nie dane mu było nawet odpowiedzieć na to pytanie.

- Malik, do cholery! - to był głos, którego potrzebował. Nie śmiał ruszyć głową, by zobaczyć, czy aby to na pewno był Louis, ale kiedy ręce Zayna zniknęły, był pewien, że się nie przesłyszał. Do cholery, on oszalał.
- Co ty robisz, Zayn!? - Louis postawił go przed sobą, mocno ściskając jego ramiona. Potrząsnął nim energicznie, kiedy nie odpowiedział. - Ja pierdole, Zayn, odpowiedz do cholery! - to był chyba pierwszy raz, kiedy na niego krzyczał. Po śmierci Perrie nie śmiał tego robić, ale teraz... Boże, on chciał skrzywdzić Harry'ego.

- Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj! - Malik warknął niespodziewanie - Ty i ten Twój dzieciak! - splunął po czym oddalił się w zupełnie przeciwną stronę, kopiąc nogą kilka kamieni. Louis westchnął, odwracając się do zielonookiego. W jego oczach zaczęły pojawiać się łzy.

- H-Harry, kochanie, n-nie płacz... Hej, skarbie - szatyn natychhmiast pojawił się przy nim, badając jego bladą twarz opuszkami palców, jakby sprawdzał, czy wszystko w porządku.
- Spójrz na mnie - uniósł jego podbródek, spoglądając prosto w mocno zielone oczka, które były teraz całkowicie zasłonione łzami.

- L-Louis, musisz mi powiedzieć - załkał - Proszę, Louis.

- To nie jest takie proste, j-ja...

Harry niespodziewanie przylgnął do jego ciała, obejmując go mocno rękami, jakby bał się, że on także odejdzie. Potrzebował, tak desperacko go potrzebował, że nie radził sobie już z tym uczuciem.

- Pojedziemy na obiad do jakiejś restauracji, dobrze? I wszystko ci wyjaśnie - zaproponował Louis. To było tak zwyczajne i tak banalne, że Harry niemal klasnął w dłonie.

*

- Mogę chwycić cie za rękę? - szepnął Harry tuż przy jego uchu, gdy wysiedli z samochodu, który wcześniej przygotował im Michael. Louis siknął głową, nie mogąc zetrzeć uśmiechu z twarzy, gdy poczuł ciepłą, dużą dłoń oplatającą jego.

- Jesteś taki ciepły - wymruczał LouLou, na co Harry zaśmiał się.

- Jest czerwiec, Lou - odpowiedział,wzruszając ramiona.

Czy mógł wymarzyć sobie coś lepszego? Szli na obiad, wesoło trzymając swoje dłonie. Nie zastanawiali się czy któryś z nich zrobił coś złego. Harry nie myślał o tym, że Louis kogoś zabił i handlował bronią. Louis nie pamiętał już, że lokaty był tym, który oddawał swoje ciało za pieniądze. Wszelkie bariery zostały zatarte - nie myśleli o tym, że są ścigani, nie istniały żadne konsekwencje. Po prostu byli - trwali tu, ściskając swoje dłoni jak normalni nastolatkowie.

Restauracji wykończona była w stylu lat 70. Kilka neonów, czerwone stoliki i czarno-białe kafelki ułożone na wzór szachownicy, idealnie wpasowywały się w to miejsce. Z głośników dobiegały dźwięk starych piosenek Elvisa i The Beach Boys. Nic, naprawdę nic, nie mogło być bardziej zwyczajne i realne.

- Co zamawiasz? - zapytał Louis, spoglądając na Harry'ego, który wlepiał swój wzrok w menu.

- Hm, prawdopodobnie omleta - odpowiedział po chwili zastanowienia.

- W takim razie ja też.

To było jednych z tych miejsc, gdzie kelnerka była seksowną pin-up, która starała się przymilić do klientów, dlatego Louisa naprawdę nie zdziwiło, gdy jedna z opisanych pań podeszła do ich stolika, by odebrać zamówienie. Miała na sobie czerwoną sukienkę w białe kropki i fartuch, a jej mocno czerwone ustach wykrzywionw były w przemiłym uśmiechu. Jak przystało na prawdziwą pin-up, miała też czarne kreski na powiekach i wysoko postawione włosy. Z uwagą wysłuchała Tomlinsona i odeszła od stolika, zostawiając za sobą kompletnie oszołomionego Harry'ego. Zamrugał kilka razy oczami, bo - cholera - ta dziewczyna była gorąca.
Louis posłał mu jedno, krótkie spojrzenie, nie pozwalając sobie nawet na mały uśmieszek.

- Um, wszystko okej? - Harry uniósł dłoń, by złapać nią rękę Louisa, ale ten skutecznie tego uniknął.

- Ta, pewnie - Louis był zazdrosny. Cholera, może nie miał ogromnych piersi, nie nosił sukienek, nie malował się i co najważniejsze - miał penisa, ale zdawało się, że Harry'emu to nie przeszkadzało.

- Oh - zielonooki oparł się o swoje krzesło, po czym uśmiechnął się triumfalnie. To jasne, że Tommo był cholernym zazdrośnikiem. To zabawne jak szybko ich życie znowu przypominało serial dla przeciętnych nastolatków.
- Ta laska była gorącą - wyznał lokaty złośliwie, przez co niebieskooki zacisnął usta - Widziałeś jej ogromn-

- Wystarczy - syknął - Powiedz lepiej co chcesz wiedzieć, tak?

Wow, Harry zupełnie stracił zainteresowanie drażnieniem chłopaka, wiercąc się na krześle, gdy uświadomił sobie, że naprawdę był gotów na odpowiedzenie na jego pytania.

- Coż, okej - oparł swoje ręce na stoliku, podtrzymując na nich głowę, po czym zamrugał - Dlaczego Perrie nie żyje?

Louis przełknął ślinę, bo nie powinien się zgadzać na te głupstwa, a jednak zrobił to i teraz... Teraz nie mógł się wycofać.

- Była dziewczyną Zayna, a równocześnie naszą najlepszą przyjaciółką, um, wiesz.. należała do grupy tych osób, które po prostu zawsze służą pomocą i nie da się ich nie lubić - Lou zaśmiał się smutno, rozdrapując stare rany - Zayn dopiero zaczynał z handlem bronią i narkotykami, ale ja nie chciałem dać się w to wkręcić. Więc, gdy zaproponował mi spółkę, powiedziałem, że mogę wykonać kilka łatwych spraw i tyle. Okazało się jednak, że to wcale nie jest takie proste. Coś poszło nie tak i Zayn tracił pieniądze, a Pezz żeby go ratować zaczęła wychodzić wieczorami i... Boże, dobrze wiedziałem jak zarabiała.

Głos Louisa załamał się lekko, ale szybko wstrzymał płacz, gdy pod jego nos został podsunięty talerz z omletami. Harry zabrał się za jedzenie, mimo to, nie spuszczając wzroku z chłopaka. Niemo prosił, by kontynuował.

- Malik zaczął na mnie naciskać i prosić, żebym mu pomógł, ale widziałem co się z nimi działo. Ten handel rujnował im życie, rozumiesz? Jakoś po miesiącu wszystko nagle zaczeło się stabilizować i nikt w zasadzie nie wie do dzisiaj, co było tego przyczyną. - Louis kontrolował wzrokiem rekacje Harry'ego, którego brwi były teraz zacisnięte, przez co na jego czole pojawiły się zmarszczki.
- Wieczorem, gdy Perrie wracała z pracy, oczywiście normalnej, bo z prostytuacją skończyła po kilku tygodniach, miałem po nią przyjechać. Zayn kilkakrotnie prosił mnie, żebym uważał i... On wtedy już o czymś wiedział. Podejrzewam, że mógł kogoś wrobić, przez co odzyskał kasę, ale ten ktoś próbował się później zemścić i postanowił uderzyć w Perrie. J-ja nie wiem... Nie wiem, co się ze mną stało, ale nie umiałem stawić im czoła... Napadli na nas w samochodzie na jakiejś ulicy, było trochę tłoczno i kilka aut miało kolizję i-i.. Było ich pięciu, a nas tylko dwoje. Zastrzelili Edwards, a mnie pobili i zostawili zakrwawionego. - Louis przerwał, gwałtownie wciągając powietrze - Boże, gdyby pomógł Malikowi, gdybym tylko postarał się rozwiązać to wszystko, P-Perrie żyłaby, rozumiesz? To ja ją zabiłem. Ja i mój pieprzony strach, którego tak cholernie nienawidzę!

Harry nie powiedział nic, ale teraz wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Strach, przez który Louis nie dawał mu spokoju, był wynikiem obwiniania samego siebie. Tommo od czasu feralnego wypadku nienawidził wszelakich lęków, które go stopowały.

- Teraz pomagam Zaynowi, bo wiem, że mam wobec niego dług. To ja powinienem leżwć teraz głebo-

- Louis - Harry gwałtownie przerwał mu, nie chcąc by kończył to zdanie - To nie jest twoja wina, rozumiesz?

- Pieprzysz - prychnął - Mówisz tak, bo chcesz mnie pocieszyć. Nie ważne, pytaj dalej.

Coż, Harry nie miał teraz żadnego pomysłu. Jego głowa była praktycznie pusta, wszystko wyparowało, nie zostawiając po sobie niczego.

- Jaki jest Twój ulubiony kolor? - zapytał po chwili, a twarz Louisa wykrzywiła się w zaskoczeniu.

- Co?

- Pytam, jaki jest Twój ulubiony kolor. Nigdy nie miałem szansy, żeby zapytać o te wszystkie małe rzeczy.

- Oh...

- Więc?

- Zielony.

*

Okej, wiem, że po miesiącu prawdopodobnie nikt nie pamięta już o tym ff, ale jejku, oddałam się pisaniu VIOMH (na wattpadzie) i cóż, kompletnie nie miałam czasu na to ff. Podobnie było z moją weną i naprawdę nie wiem, jak wszystko dalej się potoczy. W każdym bądź razie - będzie mi miło, jeśli ktokolwiek jeszcze pamięta o tym ff i da znać, że przeczytał.

piątek, 28 listopada 2014

018 Obecność + POWRÓT NA BLOGGERA, JEJ!

Rozdział 18.



*Czas.
Czasami wydaję mi się, że to on jest winowajcą wszystkich moich nieszczęść - nie wiem. Może zaczynam wariować.
Pomóż mi zatrzymać czas, Louis*


Czasami, gdy wydaje nam się, że czas w końcu stał się dla nas łaskawy, dzieje się coś, co nieoczekiwanie każe mu przyspieszyć. Pędzi, nie dając nam żadnej chwili na uspokojenie oddechu - musimy biec. Nie mamy czasu martwić się o to, na co wcześniej dostaliśmy mnóstwo dodatkowych godzin.
Harry czuł się podobnie. Po wyznaniu Louisa czas przyspieszył.

Wykorzystał wszystko swoje szanse i był zbyt zmęczony, by próbować walczyć o kolejne. Może nie teraz, może w innym życiu, ale nie dziś.

Jak budząca się do życia metropolia, jego problemy zaczęły się rozrastać. Minęły dwa dni, podczas których wszyscy byli dla siebie cholernie niegrzeczni, aż zabrano Harry’ego do jego mieszkania. Jechał z nim Louis i Zayn, co ani trochę nie odpowiadało żadnemu z nich. Atmosfera w samochodzi od samego początku była okropnie napięta. Panowała cisza i najwyraźniej nikt nie miał zamiaru jej przerwać. Nawet Louis - ten Louis, których obiecał, że mu pomoże.
Harry nadal uważał, że z jakiegoś powodu Zayn go nie lubi, jakby był chłopcem z piaskownicy, nieproszenie przyłączającym się do zabawy jego i Tomlinsona - przywódców placu zabaw. Zabiera mu wszystkie zabawki, aż w końcu znika z nim też Louis, a Zayn staje się zły. Bardzo zły.
Harry wiedział jednak, że stosunki łączące Mulata i szatyna nie są przyjacielskie. Właściwie nie umiał znaleźć dobrych określeń, opisujących ich więź. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie nurtuje go ta sprawa.

- Po co tu przyjechaliśmy? - pyta Harry, ale odpowiada mu cisza. Dziwnym trafem właśnie w tym samym czasie samochód gaśnie i wszyscy wysiadają. Dostrzega broń za spodniami Zayna, gdy jego koszulka przez chwile podwija się do góry, przy wysiadaniu i zastanawia się, czy Louis również ma takową przy sobie.

- Louis - Malik jakby dostrzega jego wachania i odzywa się ostrzegawczo do Louisa. On tylko kiwie głową, po czym spogląda na lokatego i wskazuje ręką na kamienice, w kierunku której ma ruszyć.
Kompletnie nic się nie zmieniło.
Budynek, na tle kilku innych wyglądających tak samo, wcale nie przypomina miejsca, w którym jeszcze kilka dni temu zginęła młoda kobieta. To śmieszne, że ludzie nigdy nie dotrzegają rzeczywistości, która przemyka im przed nosem.

Jest cicho, a w okolicy nie ma śladu żadnej żywy duszy. Gdzieś z daleka słychać krzyki dzieci, które jego z tej odległości wydają się kompletnie nie obecne. Buty Zayna są ciężkie i dosyć głośne, uderzające o chodnik, prowadzący do klatki, w której mieści się mieszkanie Harry’ego. Żałosne, ale nie czuje się tu dobrze. Nagle dostrzega wszystko, na co wcześniej nie zwracał uwagi. Za kontenerami walają się butelki z niedokończonym alkoholem, co oznacza, że dosyć często musiały odbywać się tutaj libacje alkoholowe. Parking samochodowy jest tak naprawdę tylko placem na którym można było urządzać przeróżne pokazy samochodowe ulicznych gangsterów. Za murami kamienicy dilerzy, czy narkomani mogli przekazywać sobie używki, a w garażach podejrzani sąsiedzi mogli trzymać broń. Wszystko wydaje się zmienić, chociaż w praktyce jest takie samo.
Docierają do klatki i Harry wsytrzymuje oddech, gdy Zayn otwiera drzwi, a następnie kieruje się do drzwi jego mieszkania i również odbezpiecza wejście. Mimo, że jest już czerwiec, czuje dreszcze na swoich plecach.

- Harry, możesz chwycić moją rękę - Louis szepcze do jego ucha, a on niemal przeklina w myślach. Spogląda na niego, ale ten wpatrzony jest w Mulata, który powoli przekracza próg mieszkania. Cholera, nie ma czasu.

Styka własną dłoń z jego.

- Nie bój się - dodaje Tommo, po czym ciągnie go do środka.
Harry chciałby móc pomyśleć nad tym, jakim cudem palce szatyna prześlizgują się po jego, skoro od dwóch dni nie utrzymywali dobrych stosunków, ale nie ma czasu. Podłoga skrzypi pod jego stopami.

- Musimy sprawdzić, czy nie masz zamontowanego podsłuchu, bo ostatnim razem, kiedy tu byliśmy, to uh… - Malik zatrzymuje się w swojej wypowiedzi, wiedząc, że każdy dobrze wie, o czym mówi. Ostatnim razem Louis znalazł broń w jego szafie, po czym odrazu wrócił do domu. Nie zdążyli nawet sprawdzić wszystkich pomieszczeń.

Pierwszym celem jest oczywiście kuchni w której Harry rozmawiał z Eleanor. I nie, nie ma zamiaru teraz płakać, ale do cholery - to trudne. Zapach kawy uderza w jego nozdrza, zupełnie jak tamtego popołudnia.

- Sprawdzimy łazienkę i sypialnię - ogłasza Lou, po czym prowadzi Harry’ego do mniejszego pomieszczenia. Po zamknięciu drzwi opiera się o nie i z chytrym uśmieszkiem na ustach.
Zakłada ręce na wysokości klatki piersiowej.

- Jako Twój nauczyciel powinienem zganić cie za nie chodzenie do szkoły - wypala nagle, przez co oczy Harry’ego przybierają rozmiarów pięciozłotówek.

- Chciałem rozluźnić atmosferę - wzrusza ramionami, dostrzegając minę Stylesa. - Od kilku dni jesteś spięty, um… Po tym co ci powiedziałem, tak jakby się mnie boisz, czy coś?

- C-co? Ja tylko… - Harry desperacko stara się opanować sytuację, ale jego serce przyspiesza i przez chwilę przyznaje przed samym sobą, że w pewnien sposób zawsze się go bał. I gdyby nie zaistniała sytuacja, roześmiałby się w duchu - Lou miał rację mówią, że w jakimś sensie odczuwał strach w stosunku do jego osoby.

- Właśnie dlatego chciałem zachować wszystko w tajemnicy - westchnął Lou.

- Oh - Harry pociera rękami swoje ramiona - Więc żałujesz, że mi powiedziałeś?

- Tak - szkarłatny szept wydobywa się z pomiędzy warg szatyna. - Gdy teraz o tym myślę, cieszę się, że nasza rozmowa zakończyła się w tamtym momencie - przyznaje.

- Cóż, więc wolisz nadal kłamać? - lokaty unosi brwi lekko zdenerwowany.

- Sam widzisz, że szczerość nam nie służy - szatyn lekko się irtyuje - Nie odzywałeś się do mnie dwa, pieprzone dni! Wiesz jak ciężko jest nie słyszeć twojego głosu?

Wystarczyła chwila, by Harry kompletnie zamarł, a Louis zakrył dłonią usta, jakby nie chciał powiedzieć już czegoś nie na miejscu. Zielonooki przez chwile starał się rozszyfrować Tomlinsona, ale za cholerę mu się to nie udało, więc czekał na jakikolwiek ze strony ruch chłopaka.

- Wiesz? - szepcze w końcu, jakby nadal oczekiwał odpowiedzi na swoje pytanie.
Lokaty kręcić przecząco głową.
- Do tej pory myślałem, że nie będę musiał się o tym przekonywać - zaczął - To jest kompletnie do dupy. Gorsze, niż noce w których nie było cie w moich ramionach.

Za każdym razem, kiedy Harry tłumaczy sobie, że Louis nie jest odpowiedni dla niego i stara się przestać żyć każdym jego oddechem, on wyskakuje z takimi wyznaniami. I to naprawdę nie jest tak, że Harry ich nie lubi. Wręcz przeciwnie - cieszy się, słysząc to wszystko z ust Tomlinsona, ale… Nie powinien. Bo Louis jest złym człowiekiem.
 Ty też nie należysz do dobrych, Harry dodaje głos w jego głowie. I lokaty musi przyznać mu rację.

- I co mam teraz powiedzieć, Louis? - Harry pyta, a Lou z zaciekawieniem przygląda się jego reakcji - Czuje się wyobcowany, okłamujesz mnie i dajesz coraz więcej powodów do tego, żebym ci nie ufał.

Louis czuje, że Harry uderza w jego słaby punkt. Zaufanie.
Z zamyśleniem pociera skronie i zupełnie nie obecnym głosem szepcze:
- Perrie mi ufała - wyznaje - I popatrz, co z tego zostało. Kompletnie nic. Pustka.
Harry zaciska swoje duże dłoni w pięści.

- Nie poruszaj tego tematu, jeśli nie masz zamiaru mi go wyjaśnić, okej? Zabierzmy się lepiej do roboty.

Tommo lustruje wzrokiem swojego towarzysza, po czym prycha i zaczyna przeglądać pomieszczenie. Przeszukuje szafki nad zlewem, podczas gdy Harry zajmuje się zabudową nad wanną, od czasu do czasu przyłapując się na spoglądaniu w jego stronę. Cóż, nic nie wydaje się być na tyle istotne, by przerywać panującą ciszę, gdy lokaty nagle o czymś sobie przypomina. Z przerażeniem przenosi wzrok na szatyna, który otwiera najwyższą półkę, w której trzymał coś, czego Gemma nie mogła dostać w swoje małe rączki.

Przymyka oczy i czeka, bo sekundy dzielą go od odkrycia przerażającej tajemnicy.
Wydaje się, że Louis w jedynej chwili wstrzymuje swój oddech. Zaciska chude palce na pódełeczku pełnym temperówek, żyletek, czy ostrzy z golarek. Harry spogląda na niego, nie pewnie opierając się o stojącą za nim pralkę.
- Harry.. - głos Louisa jest lekko zachrypnięty, dlatego chrząka, by brzmieć pewniej - Błagam, powiedz, że…
Styles opuszcza wzrok na własne buty.
- Słodki Jezu, Harry. Kochanie, j-ja… - stara się dobrać odpowiednie słowa, ale Harry ucisza go gestem ręki i pociąga nosem.

- To nic - mówi, naprawdę tak myśląc. Jeśli ma być szczery, on sam zapomniał o tym przeklętym pudełku schowanym w półce. Nie używał tego świństwa od kilku, a nawet kilkunastu tygodni.
Louis spogląda na niego po raz kolejny, wodząc wzrokiem po zawartości pudełeczka i jego twarzy. Teraz wszystko zaczęło składać się w całość - jego strach, ten ból ukryty w jego oczach, którego za wszelką cenę chciał się pozbyć - był tylko skutkiem wielu złych rzeczy, których Harry doświadczył.
Nagle znowu pragnie być tylko nieznajomym nauczycielem, który chce mu pomóc.

- Nic? - szepcze z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy.

- Nic - powtarza swoje słowa, po czym odwraca się, ociera oczy i jeszcze raz na niego spogląda. Stara się uśmiechnąć, ale kompletnie mu to nie wychodzi. - Zapomnijmy o tym, okej?

- C-co, Harry, ty nie mówisz poważnie - Louis stwierdza - Jeśli myślisz, że…

Jego słowa zostają przerwane przez Mulata gwałtownie otwierającego drzwi do łazienki. Louis zdąża na szczęście schować zamknięte pudełko do kieszeni.

- Daj młodemu broń - instruuje, rzucając dwie spluwy na jego kolana, które w porę łapie. Uśmiecha się zadziornie, po czym odbezpiecza spust - Mamy towarzystwo.


*


Harry wiele razy myślał, że gra w której się znajdował to tylko głupota, która prędzej czy później komuś się znudzi. Niestety, intuicja wielokrotnie go zawodziła, dlatego i tym razem scenariusz zmieniony był o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz stoi we własnej sypialni, pakując więcej ubrań dla siebie i Gemmy, pilnowany przez dwójkę uzbrojonych chłopaków. To już nie jest zabawa - skończyły się czasy w których po prostu mijał się z zagrożeniem. Teraz za każdy błąd mogli przypłacić życiem.
Zayn rzucił okiem na lokatego.

- Gotowe - szepta żałośnie zielonooki, zawieszając torbę na ramieniu. Louis, widząc jego trud, postanawia mu pomóc.

- Powiesz nam w końcu o co chodzi? - pyta szatyn, kierując swój wzrok na Malika. Ten wzrusza ramionami, spoglądając na swoje czarne martensy.

- Jesteś pewien, że Harry nie ocipieje i nie zwieje? - zgryźliwy komentarz uderza w lokatego prawie tak mocno, jak świadomość, że to wcale nie koniec.

- Zayn.. - Lou obdarza rozczarownym spojrzeniem, po czym przepraszająco ściska ramię Harry’ego, jakby mówił, że wszystko będzie w porządku.

- Cóż, okej - Zayn uśmiecha się zadziornie - Pomyślałem, że skoro mieszkanie stało tutaj zupełnie puste, Trevor i Nick przyszykowali dla nas mnóstwo niespodzianek. Wiedzieli, że tu wrócimy, dlatego zamontowali czujnik ruchu, żeby wiedzieć, kiedy to nastąpi. Ale wyprzedziłem ich i zanim tutaj dojechaliśmy poprosiłem Michaela, żeby obserwował okolicę, dopóki nie wyjdziemy. Tak, jak myślałem, zaraz po naszym przyjeździe zjawili się tutaj chłopcy Trevora. - ciemnooki wydaje się być dumny z siebie, kiedy ostatnie zdania opuszczają jego usta. - Są przed blokiem i czekają, aż z niego wyjdziemy, żeby odbić Harry’ego i przekazać go Nickowi. Trevor, oczywiście, dostanie za to sporą działkę.

Harry przymyka oczy, ale stara się sprawiać wrażenie kompletnie nie wyprowadzonego z równowagi. Nie chce dać im tej satysfakcji - to nie jest odpowiednie miejsce ani czas na to, by obnażać przed resztą swoje słabości.
Zaciska powieki i postanawia być silnym.
Kiedy otwiera oczy, przygryza wargę i czuje się jak nowo narodzony, gotowy do walki mężczyzna.

- Wszystko w porządku? - pyta Lou, wyraźnie zamrtwiony. Malik prycha.

- Chodźmy się zabawić - mówi, po czym uchyla drzwi swoim prawym martensem.

- Jak masz zamiar to zrobić, Malik? - Louis gestem ręki nakazuje, by lokaty szedł za nim. - Ostrzelają nas, jeśli wyjdziemy tymi cholernymi drzwiami!

- Właśnie dlatego ich nie użyjemy.

Zayn wychodząc z mieszkania nie pieprzy się z ostrożnością - ma przy sobie broń i czuje się naprawdę pewnie. Nawet, jeśli któryś z ludzi Trevora zauważyłby go, może nacisnąć spust. Zamiast użyć wolnej dłoni, kopie w drzwi, uchylając je. Kieruje się na ostatnie piętro, przekraczając co drugi schód, a Louis i Harry potulnie za nim podążają. Szatyn czuje się cholernie odpowiedzialny za lokatego, dlatego pilnuje go sumiennie, nawet jeśli w niektórych momentach jest to zbędne.
Głośnie odgłosy, wydawane przez ciężkie buty Malika w końcu cichną, a sam zainteresowany zatrzymuje się przed włazem, prowadzącym na dach.

- Panienki przodem - mruczy zgryźliwie, po czym spogląda wymownie na Harry’ego, który jest w stanie tylko wywrócić oczami - Oh, żartowałem, spokojnie - dodaje ciszej, rezygnując z głupich żartów i wdrapuje się po drabinie na górę. Harry wychodzi zaraz za nim, a Louis jest ostatni i musi zamknąć za sobą właz.

- Co teraz? - pyta niepewnie Harry, co lekko zaskakuje Malika. Przenosi na niego swój zaskoczony wzrok, po czym porusza brwiami.

- Nie daj się postrzelić - odpowiada wymijająco, ale wystarczająco, by Harry zrozumiał. Malik przykuca obok chłopaków, po czym przeczesuje ciemne włosy palcami i mruży oczy skupiając się na czymś. Wiatr wieje prosto w jego twarz.
- Na tamtą kamienice - wskazuje palcem na budynek odległy o kilkadziesiąt metrów - dostaniemy się przechodząc po dachach. Te gnojki prawdopodobnie nas zobaczą, dlatego musimy się spieszyć.
Nie tak sobie to Harry wyobrażał. Obraz w jego głowie zawsze pełen był krwi, palipitacji serca i łzy rozpaczy, tymczasem nie czuje nic prócz strachu i adrenaliny. Tak, jakby przekraczał prędkość swoim samochodem, ścigany przez policję. Nie może dać się złapać.

Szaleje, gdy Zayn mruga do niego i szpecze coś w stylu “wiem, co teraz czujesz”, po czym ciągnie go za sobą i startuje, a zaraz za nimi zrywa się Louis.
Do cholery, biegną szybko i Harry prawie nie czuje nóg. Nie ma bladego pojęcia jak opisać, to co odczuwał, gdy Malik nie potraktował go jak śmiecia, ale kogoś znajomego. Satysfakcja? Być może.
Słyszy sapanie Louisa, gdy zatrzymują się, by uporać się z przeszkodą w postaci przerwy między budynkami, ale nie jest duża, dlatego szybko wracają do biegu. W jednym momencie Malik krzyczy coś, a w drugim rozlega się huk i wszyscy trzej padają na ziemie.

Mija kilka sekund, żeby Harry zorientował się, że ciemnooki chwycił go za podkoszulek i pociągnął na betonowe podłoże, sprawiając, że uderzył w nią głową i jego warga krwawi. Louis niespodziewanie chwyta jego dłoń. Teraz Harry ma już pewność, że to było zamierzone, a ich ciała leżą na dachu tylko dlatego, żeby kule wroga nie mogły ich dosięgnąć.

Malik klanie pod nosem - Musimy się tam jak najszybciej doczołgać, kurwa.

- Które wejście? - dopytuje szatyn.
Zaynw odpowiedzi wskazuje po raz kolejny na kamienice, która tym razem znajduje się już o wiele bliżej.

- Zauważyli nas? - Harreh postanawia się odezwać. Jego nadgarstki stare są aż do skóry, ale nie odczuwa bólu. Ma po prostu ochotę jak najszybciej się stąd wydostać.
Chłopak nie dostaje odpowiedzi. Louis odlicza pod nosem do trzech, po czym podnosi się i biegnie coraz dalej, sprawiając, że Harry nie nadąża. Jego coraz dalej, a on wciąż słabnie, ale nie zwraca na to uwagi, bo ktoś niespodziewanie woła jego imię. Nie musi odwracać się, by wiedzieć, że to jego matka. Słyszy w głowie jej głos, który pomaga mu biec - uciec od śmierci, która nadejdzie, jeśli odpuści. Postanawia jej posłuchać i już po kilkunastu sekundach pada przy wskazany włazie.
Czas znowu okazał się jego wrogiem. Znowu przyspieszył.


*


Witajcie.
Z góry przepraszam za błędy, bo rozdział jest nie sprawdzony i dodany z moblinego, dlatego mogły się pojawić.
Rozdział późno, ale jest jednym zmoich dłużych. Jak widać tydzień nie jest dla mnie wystarczający, ale to wszystko przez tą cholerną naukę. W dodatku pracuję nad nowym ff i potrzebuję waszej pomocy - Larry czy nie Larry? Wszystkiego dowiecie się później :)
Pamiętacie “Voices inside of my head” - one shota, którego pisałam w styczniu? Na wattpadzie piszę jego kontynuację :) jeśli was to interesuje zapraszam, możecie mnie znaleźć pod nazwą: werxjano

      "Teraz pytanie, na które muszę uzyskać odpowiedzi. Czy mam publikować również na blogspocie? Wiecie, mogę pisać na tumblrze i bloggerze - decyzja należy do was :)
(Tak, żal mi prawie dwuletniego bloga :’()"
~ odpowiedzią na to pytanie jest chyba sam fakt, że dodałam resztę rozdziałów na bloga, racja? wracam, bo 100k wyświetleń, które zastałam są najlepszym co mnie w życiu spotkało KOCHAM WAS!

017 Obecność

Rozdział 17.

muzyczka


*Nie oceniam cie, Louis. Pragnąłem tylko Twojej pomocy, a teraz… Teraz okazuje się, że to ja muszę ci ją dać*


- Dlaczego te cholerne drzwi zawsze się zacinają?! - od progu da się usłyszeć krzyki Tomlinsona, który trzyma Joe’go za kołnierz i ciągnie go do salonu. Nie ma w sobie za grosz delikatności, ale nie obchodzi go to. Harry i Mikey wstają z kanapy.
- Niall, gdzie… - ucina, gdy dostrzega zielonookiego. Joe jest zakrwawiony, a w oczach Lou ukrywa się istny obłęd i Styles z początku czuje się źle w jego towarzystwie; jakby groziło mu niebezpieczeństwo. Wzrok Horana spoczywa na nim, gdy tylko znajduje się w pomieszczeniu. Jest niemal pewien, że jego spojrzenie jest przepełnione wstydem i zażenowaniem. To wszystko znika i zamienia się we frustrację, gdy Michael chwyta jego ramię i stara się wyprowadzić z pokoju.

- Wszystko Ci wyjaśnię, Harry. Teraz idź - z ust Nialla pada polecenie. Lokaty chciałby prychnąć, ale nie ma na to czasu; wyrywa się z rąk blondyna, skupiając na tym całą swoją uwagę.

- Niech zostanie - niespodziewanie odzywa się Louis. Joe terroryzuje go wzrokiem i gdyby Harry’ego nie było tutaj, zapewne dostałby w twarz, ale nie chce go dodatkowo niepokoić. Jest pewien, że Niall wystarczająco go nastraszył przez różne opowieści dotyczące jego osoby.
Nie chce pokazywać Harry’emu swojej twarzy potwora.
Michael puszcza lokatego, na co ten wzdycha z ulgą, a w pomieszczeniu nagle robi się cicho. Jedynie spojrzenia każdego z nich krzyczą - krzyczą jednak za cicho, niedostatecznie głośno, by ktokolwiek cokolwiek zrobił.

- Justin, zablokuj te cholerne drzwi - Malik pojawia się w drzwiach, a odgłos jego kroków rozchodzi się po pomieszczeniu. Jak zwykle ma na sobie ramoneskę i obcisłe, czarne, przetarte spodnie. Na jego stopach goszczą ciemne martensy, a Harry nie może rozpoznać w słabym świetle czy są granatowe czy czarne. Nie jest zdziwiony, gdy zauważa w jego ustach papierosa.
- Albo je kurwa wymień, cokolwiek - dodaje. - Nie spinaj się tak, Joe. Tylko pogadamy - zwraca się do chłopaka, po czym kieruje się w stronę kanapy. Jego buty muszą być cholernie ciężkie, bo dźwięk jaki wydają jest bardzo nieprzyjemny.

- Zayn, ja się tym zajmę - Liam desperacko próbuje zachować spokój, mówiąc drżącym głosem do Mulata. Niestety, jego próby na pewno się nie powiodą.

W momencie, w którym pięść Zayna zderza się ze szczęką Joe’go, w pokoju rozlegają się krzyki. Wszyscy wpadają w panikę, ktoś ciągnie Harry’ego za ramię, jednak wyrywa się i stara dostrzec, co dzieje się w samym centrum pomieszczenia.

- Kurwa, Louis weź stąd swojego cholernego chłoptasia! - słyszy głos zza swoich pleców i jest niemal pewien, że należy do Zayna. Nic dziwnego, w końcu go nie lubi.

- Malik, uspokój się do cholery - Louis syczy, po czym chwyta ramię lokatego, ciągnąc go do tyłu. Dopiero w korytarzu dostrzega jego zmieszany wyraz twarzy.
- Wszystko w porządku?

Harry prycha. O nic głupszego nie mógł zapytać.
- Chodźmy na górę - mówi.

Krzyki zaczynają cichnąć wraz z krokami oddalającymi się do sypialni. Uścisk dłoni szatyna na ramieniu lokatego zaczyna słabnąć, a ich oddechy powoli się uspakajają. Zielonooki czeka na wyjaśnienia.

- To był ten Joe, racja? - pyta, a Louis kiwa głową i po prostu siada na brzegu łóżka położonego w centrum pokoju. Harry usadawia się obok niego.
- Dlaczego go przyprowadziliście?

- Powiedział nam, że Trevor i Nick szukają Gemmy - głos szatyna drży, nie ma w nim typowej dla niego pewności siebie. Kątem oka spogląda na postać siedzącą po jego lewej stronie - Nie jesteś sam, Harry. Pomożemy ci - szepcze, zauważając jego puste spojrzenie.


Miłość może boleć,
Miłość może czasem boleć
Ale to jedyna rzecz
Jaką znam


- Wiesz… Po śmierci rodziców obiecałem sobie jedno - starszy przełyka ślinę, pozwalając chłopakowi kontynuować. - Przyrzekłem, że Gemmie nigdy niczego nie zabraknie; iż będzie bezpieczne. I starałem się tego słowa dotrzymać, płacąc czasami własnymi łzami… - zacina się, gdy w jego gardle tworzy się gula - Czekałem na nią z gorącym obiadem, gdy przychodziła z przedszkola. Starałem się być dla niej ojcem i matką, plotąc warkocze i pomagając w czasie przeziębienia, ale sądzę, że gdyby zaszła taka potrzeba umiałbym oddać za nią życie, jak najodważniejszy rycerz w jej królestwie. - Zapada cisza, która trwa minutę, może więcej. Wzrok Louisa spoczywa na splecionych dłoniach lokatego, próbującego powstrzymać drżące wargi.
- Wiem, że to moja wina. Nigdy sobie tego nie wybacze. Wciągnąłem ją do tego, tracąc wszystko po kolei. Co z Eleanor? Czym zawiniła? Dlaczego Bóg wybrał akurat ją? - przerywa zaledwie na sekundę - I… Dlaczego teraz wybiera Gemmę? - obdarza Louisa szkarłatnym spojrzeniem, w duchu roztrzaskując swoją czaszkę o kilkanaście murów.

Louis układa swoją dłonią na jego piersi, popychając go lekko do tyłu, przez co ląduje na plecach. Powoli, przepełniony współczuciem, wdrapuje się na wysokość jego twarzy i obejmuje go w pasie, chcąc sprawić, by chociaż na chwilę zapomniał o rzeczywistości, która go otacza.
- To my jesteśmy pionkami w tej grze, Harry. I zrobię wszystko, by nie mieszać do tego naszych bliskich - mówi niespodziewanie, posyłając w jego stronę nieśmiały uśmiech. Ich ciała obok siebie, tworzą coś w rodzaju jedności.

- To takie znajome - Harry wzdycha, a jego klatka piersiowa unosi się wraz z ręką szatyna, która na niej spoczywa.

- Co? - pyta zdezorientowany.

- To - wzrusza ramionami - Leżymy, jak wtedy, gdy byłeś po prostu moim nauczycielem.
Miał rację. To takie znajome.


Miłość może leczyć,
Miłość może naprawić Twoją duszę
I to jest jedyna rzecz
Jaką znam




Następny poranek wcale nie należy do najgorszych. Harry podnosi się z łóżka, natychmiast przypominając sobie o Gemmie. Wybiera jeden ze swetrów leżących na krześle, po czym udaje się w stronę pokoju, w którym znajduję się dziewczynka. Niestety, po uchyleniu drzwi doznaje szoku, ponieważ… Nie ma jej tam.
Jego ciało natychmiast oblewa zimny pot. Niemal natychmiast przypomina sobie wczorajszą rozmowę z Tomlinsonem, co dodatkowo sprawia, że niemal umiera z przerażenia.

- Gemma! - jego poranna chrypka z pewnością nie należy do przyjemnych, ale nie zawraca sobie tym głowy. Przeczesuje palcami swoje loczki - Do cholery - szepcze.

- Gemma jest na dole - z łazienki naprzeciwko wychodzi Niall, a Harry wzdycha z ulgą i lekką irytacją. To logiczne, że nic jej się nie stało. Jest bezpieczna.

Wiedząc, że musi zejść na dół, postanowił zaopatrzyć się w jakiekolwiek spodnie, dlatego ponownie wrócił do sypialni. Przypadek sprawił, że tym razem z balkonu dobiegał dźwięk głośnej rozmowy pomiędzy Louisem a Zaynem. Pech chciał, że jego pokój i ten, w którym szatyn i Harry spali, łączył duży, wspólny balkon.

Lokaty jest tylko człowiekiem, a ciekawość, która go ogarniała, wygrała. Zatrzymał się w półkroku, sprawiając, że skrzypiący podłoga ucichła, a głosy na balkonie nasiliły się.

- Zayn, dobrze wiesz, że nie mogę go teraz zostawić - szepcze Lou.

- Do cholery, miałeś znaleźć w tej szkole Joe, a nie bawić się w niańkę - Zayn jest zirytowany - Gdybyś powiedział nam w porę, moglibyśmy to zatrzymać.

- Nie mówiłem, bo wiedziałem, jak zareagujecie! - Harry wyraźnie słyszy, że szatyn staje się nerwowy.

- A ty jakbyś postąpił?! Za mało ci ofiar?! - Zayn podnosi głos - No dalej, zrób mu to samo, co zrobiłeś Perrie!

- Zayn j-ja… - w jednym momencie Louis załamuje się i pęka na miliardy drobnych kawałeczków. Błagał, przepraszał, płakał, płaszczył się przed nim, ale to nie pomogło. Zayn wciąż pamięta incydent sprzed kilkunastu miesięcy i tylko on wie, jak bardzo boli utrata ukochanej osoby. Louis natomiast zaznał ciężaru poczucia winy, które nie mija, a z dnia na dzień staje się coraz bardziej nie do zniesienia. - Tak bardzo cie przepraszam, Zayn, wiesz, że żałuję, a-ale… To przeszłość. To tylko przeszłość…

Słyszy dźwięk zamykanych drzwi, co oznacza, że Zayn wszedł już do siebie, jednak nie rusza się z miejsca. Czeka tam, aż Lou wejdzie do pokoju i obdarzy go zdruzgotanym spojrzeniem, a następnie rozklei się całkowicie.

Po chwili tak właśnie się dzieje, a gdy tylko otwiera swoje ramiona, by przytulić go do swojej piersi, ten kręci przecząco głową i z ledwością szepcze:

- Musimy porozmawiać.


*


- Mów, Louis. - prosi Harry, przeczesując lewą dłonią włosy. Prawą wciąż trzymał na kolanie niebieskookiego.

- To.. - ucina, gdy czuje, że zbliża się kolejna fala cholernego płaczu. Dopiero gdy lokaty znowu go przytula, uspakaja się i jest w stanie mówić - Byłem z Perrie, gdy zginęła i…. Ja-mój boże, jestem potworem.

- Shhh, Loueh - Harry składa miękki pocałunek na jego czole, co zaskakuje ich oboje, ale żaden tego nie komentuje. Nadal siedzą na łóżku, z nogami po oby dwóch stronach swoich bioder. Gdyby Louis tylko chciał, mógłby przysunąć się do niego, a ich miednice zderzyłyby się ze sobą.

- Jestem potworem - powtarza uparcie, a Harry zaciska palce na jego kolanie, po chwili wędrując wyżej, by złapać jego biodro. To samo robi z drugą ręką, przez co ma nad nim całkowitą kontrolę. Dotyk, jest teraz czymś, co uspakaja szatyna.

- N-nie, Lou. Pamiętasz co mówiłeś mi o potworach? - Harry stara się utrzymać go przy sobie - Nawet najgo…

- Harry, nie jestem tego typu potworem - Lou przerywa mu, zanim zdąża cokolwiek powiedzieć - Nie łamię ludziom serc, ja… Ja całkowicie je im niszczę - nie spogląda na niego. Nie ma siły patrzeć na kogoś, kogo tak bardzo potrzebuje. Nie chce odbierać mu życia, swoim zmęczonym spojrzeniem. Fala łez wylewa się z jego oczu.
Zależy mu na Harry’m, ale to nie ma teraz znaczenia, skoro oby dwoje są w niebezpieczeństwie. Uwielbia go przytulać, kocha jego uśmiech i jest w stanie zaakceptować nawet to, że boi się najcichszego szmeru, który może usłyszeć z największej odległości. Trudno mu się do tego przyznać, ale wróciłby do czasów, w których zielonooki był tylko grzecznym, cichym uczniem, który za każdym razem intrygował go coraz bardziej i bardziej.

W tej grze nie chodzi już o żadną broń, czy informacje na temat Joe, Trevora i Nicka, ale o bezpieczeństwo Gemmy i Harry’ego. Lou nie czuje, tego co wcześniej - poczucia winy, współczucia. Pragnie tylko lokatego i wie, że musi mu pomóc - z czystej sympatii.
- Louis, do cholery o czym ty mówisz? - Harry chwyta jego podbródek w oby dwie dłonie, po czym unosi go, zmuszając szatyna tym samym, by na niego spojrzał. Oczy Louisa są jasne, zaczerwienione i nie wyrażają nic prócz całkowitego rozbicia.

- Jestem mordercą, Harry. Zabiłem Perrie.


Przysięgam, że zrobi się prościej,
Pamiętaj to każdym kawałkiem siebie
I to jest jedyna rzecz jaką możemy wziąć ze sobą umierając.


*

Po pierwsze muszę przyznać się do czegoś okropnego - mianowicie, zaczęłam masowo kończyć one shoty. Jest ich chyba z siedem (w tym jeden, który piszę od kwietnia 2013) i chyba nie mogę się w tym odnaleźć. Cóż, za dużo pomysłów, co skutkuje w tym, że nie radzę sobie z opowiadaniem. Przepraszam za tą cholerną zwłokę, naprawdę.
Wow, woow, wow. Napisałam to, naprawdę to napisałam!
Wiecie już, o co chodzi z Louisem i Perrie, ale nie wiecie w jakich okolicznościach to zaistniało, ani kto ma/miał wpływ na Lou, dlatego don’t judge him. Będzie dobrze (bo cóż innego mogę napisać)
Do następnego!

016 Obecność

Rozdział 16.


*Nie mogę ci zaufać, gdy od każdego słyszę inną bajkę z Tobą w roli głównej, Louis*


W pomieszczeniu jest cicho. Z łatwością da się usłyszeć głębokie oddechy Nialla, Louisa i Harry’ego, których serce bije w naprawdę zawrotnym tempie. Trudno jest utrzymywać emocje na wodzy.
Każdy z lekką niepewnością patrzy sobie w oczy. Krótkie spojrzenia przyprawiają ich o gęsią skórkę. To walka w której przegrany będzie musiał odezwać się pierwszy.

- Nick powiedział nam o kilku istotnych rzeczach - lekko łamiący się głos irlandczyka rozbrzmiewa w pomieszczeniu. Louis spogląda na Harry’ego.

- Trevor i on połączyli swoje siły i… I teraz ta dwójka szuka cie razem - mówi szatyn, a lokaty niemal wstrzymuje oddech.

Czasami wiara i nadzieja jest wszystkim, co nam pozostało - jak mała iskra, która otrzymuje nas przy życiu - a kiedy ona gaśnie, gaśniemy i my. Tracimy wszystko, łącznie z tą cholerną nadzieją.
- Nie wiem jak to się dzieje, ale teraz nie wystarczy, że damy w zamian Trevorowi broń i wszystko odejdzie w nie pamięć. Tu chodzi o coś więcej - jest Nick i ta sprawa z twoją pracą. Nie wiem, co o tym myśleć. To jakaś chora gra - Louis przechyla się w stronę lokatego, ale ten ani drgnie. - A my jesteśmy marionetkami w ich rękach. Mają w zanadrzu coś, co zaszkodzić może każdemu z nas.
- Chcielibyśmy uniknąć niepotrzebnych niedomówień, dlatego musisz powiedzieć nam absolutnie wszystko o Twojej znajomości z Nickiem - Niall wygląda na smutnego, zupełnie jakby trapiło go kilka istotnych rzeczy na raz. Harry jednak nie odzywa się, a jedynie wpatruje w jego niebieskie oczy. - Proszę - dodaje ciszej irlandczyk, a lokaty przymyka na chwilę powieki. Spogląda na skrawek materiału wystający z jego bluzy, który nagle staje się cholernie interesujący.

- Był miły - mówi w końcu, a Lou niemal krztusi się powietrzem.

- Nick był miły? - pyta dla pewności blondyn, a Harry kiwa głową.

- Na początku wydawało mi się nawet, że z jakiegoś powodu mi współczuje - kontynuuje - Dlatego nigdy nie interesowałem się tą umową. Podpisałem ją, Nick był miły, więc zawracałem sobie tym głowy tylko.. um, klientami - tłumaczy, coraz bardziej zestresowany. Z każdym słowem wydaje mu się, że któryś z chłopaków przerwie mu i niegrzecznie skomentuje to, co ma im do przekazania, jednak jego obawy są nieuzasadnione. Tommo i Niall siedzą w ciszy obserwując jego ręce bawiące się nerwowo nitką.
- Czasami myślałem po prostu, że chce mnie wykorzystać, ale zwalałem to na moje przewrażliwienie. Najtrudniej było pod koniec, gdy Nick przestał liczyć się z moją opinią na temat klientów. Zyskał moje zaufanie, więc nie podejrzewałem niczego, gdy wchodziłem do obcych mieszkań, będąc pewien, że on wcześniej je sprawdził, ale… Zarabiał na tym, że firma zapewniała całkowitą anonimowość i… I teraz już wiem, że obowiązywał także brak jakichkolwiek wymogów. Klienci nie byli przesłuchiwani, nie spowiadali się ze swoich fetyszy i tego, czy mają zamiar kogokolwiek skrzywdzić. To dlatego był tak wysoko. I w umowie to… To wszystko było opisane, ale wtedy nie wiedziałem, co to znaczy - jego ręce pokryte są potem. Nie ma nawet odwagi podnieść wzroku na żadnego z chłopaków.

- Skąd go znasz? - Louis szepce cicho.

- To wszystko przez to, że szukałem szybkiej i dobrze płatnej pracy zamieszczając ogłoszenia w internecie. Umówiłem się z nim, a dopiero na miejscu dowiedziałem się, o co tak naprawdę chodzi - odpowiada, przywołując wspomnienia, a jego ciałem wstrząsają nieprzyjemne dreszcze. Gdyby kiedykolwiek wiedział co wyniknie z tego, czym się zajmował, nigdy by tego nie powtórzył - nigdy nie podpisałby umowy. Nie oddałby swojej duszy Nickowi, bo zdecydowanie można to tak nazwać. Na papierze należy do niego.

- Co dokładnie było w tej umowie? Jakieś szczegóły dopisane drobnymi literkami na samym dole kartki, czy coś innego, co cie zaniepokoiło? - kolejne pytanie, po którym Harry zastanawia się przez chwile.

- Nie wiem - odpowiada w końcu - Wymogi były takie, że Nick miał być traktowany jak *szef*, Bóg z wszystkich Bogów, to kompletnie szalone, ale wtedy nie wydawało mi się to podejrzane - wyznaje, a jego oczy zderzają się ze spojrzeniem Louisa. Jest kompletnie nie obecny.

- Odpowiecie teraz na moje pytania?

Niall przymknął na chwilę oczy, jakby myśląc przez chwilę.
- Okej, okej niech będzie - mówi. Tomlinson jest kompletnie oburzony. Paraliżuje go strach.
- Kim wy tak właściwie jesteście? Gangiem? Złodziejami? - Harry był przygotowany na wszystko, naprawdę. Tkwił po ciemniej stronie miasta już od kilku miesięcy, a kłopoty był po prostu kwestią czasu. Sam się na nie skazał.
- I przede wszystkim… Kim była Perrie? - z trudem udaje mu się zadać to pytanie.

I wraz ze słowami, wychodzącymi spomiędzy jego warg, Louis gwałtownie wstaje i wychodzi z pokoju. Zupełnie jakby wiedział, że nie ma zamiaru odpowiadać na to pytanie. Nie czuje też obawy przed Niall’em, bo prawdę zna tylko on i Zayn - irlandczyk jest tylko pionkiem w tej chorej grze. Tu nie ma miejsca na przyjaźnie i jakiekolwiek skrupuły.

*Tu nie ma miejsca na jakiekolwiek reguły*

- Louis, do cholery, chcesz współpracować, czy nie?! - Niall zrywa się z miejsca, ale jest już za późno. Drzwi zamykają się - Kurwa mać! - jego ręka zderza się ze ścianą, a Harry niemal podsakuje. Zaczyna zachowywać się jak pieprzona ciota, wciąż nie mogąc przyzwyczaić się do ich ciągłych wybuchów.

- J-ja… Wrócę do, um, Gem… - zaczyna, ale Niall natychmiast mu przerywa.

- Czekaj - rozkazuje - Wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy. Nie jesteśmy w żadnym gangu - przynajmniej nie uważamy się za takowy, ale… - słowa blondyna zostają stłumione przez Liama, wpadające go pokoju. Jego twarz jest czerwona, a ruchy szybkie i niechlujne. W pośpiechu ubiera na siebie kurtkę.
- Co, do cholery?!

- Ubieraj się! Mamy kontakt z… J-Joe - krzyczy, a cała sytuacja zdecydowanie zaczęła go przerastać.
Niall natychmiast podnosi się, a Harry nadal stoi tam będąc całkowicie sparaliżowanym.

- Co z Gemmą? - jaką się, kompletnie nie wiedząc co powinien zrobić.
Niall przenosi swój wzrok na Liama.

- Nie… Nie możecie jechać z nami, Harry - mówi Liam lekko łamiącym się głosem, bo po wszystkich minionych wydarzeniach informacja, że zostaje sam, może być czymś ciężkim do pojęcia. W momencie w którym potrzebuje ich najbardziej, oni odchodzą. A on znowu zachowuje się jak… Właśnie tak. Jak on - typowy, strachliwy on. Wie, że Louis tego nienawidzi.

- To zbyt niebezpieczne - dodaje.

- W porządku - stara się wyglądać, jakby nie robiło to na nim wrażenia.
- Liam, ktoś musi z nimi zostać - Niall szybko reaguje na nierozsądną decyzje jego przyjaciela. W jego głosie nie ma jednak za grosz przekonania.

- Dobra cholera, dobra! Zapytam, czy ludzie od Ed dadzą radę przyjechać. Harry, błagam, idźcie wreszcie spać, wszystko będzie w porządku.


*



Harry sam dziwiłby się sobie, gdyby udało mu się zasnąć. Gemma śpi od trzydziestu minut, a Harry siedzi w salonie z kawą w ręku, pomimo, że już dawno wybiła dwudziesta trzecia. Biorąc pod uwagę to, czego dowiedział się od Liama, za chwilę będzie tu ich kilku przyjaciół, przy których na pewno będzie bezpieczny, ale teraz sam nie wie, czy tego chce. Czuje się niekomfortowo z tym, że przez cały czas potrzebuje opieki, ale zdaje sobie sprawę z tego, że sam nie dałby rady.
Czas ciągnie się nie miłosiernie, a on sam nie ma już nawet ochoty na spokojnie siedzenie w salonie. Czuje nieodpartą ochotę na zabranie sprawy w swoje ręce. Brzmi to tandetnie i beznadziejnie, skoro nie umie nawet poprawnie trzymać broni, ale nie umie tego powstrzymać. Wstaje z kanapy, rozglądając się po salonie. Czy znajduje się tutaj coś podejrzanego? Powinien zacząć od tego właśnie miejsca?

Na stole znajduje swój telefon, który chowa do kieszeni, uznając, że może sobie na to pozwolić. Zastanawia się ile ma czasu i kiedy zjawią się znajomi chłopaków, ale to jedynie przez kilka chwil zajmuje jego myśli.

Nie powinien tropić. Najrozsądniej byłoby zaufać chłopakom, ale chęć zdobycia jakichkolwiek informacji jest ogromna. Zdecydowanie większa niż świadomość konsekwencji, jakie może ponieść, chociaż nie do końca wie na co mógłby liczyć.
Zdaje się na swój instynkt i podąża korytarzem na końcu którego znajduje się łazienka i drzwi do pomieszczenia, o którym nie miał pojęcia. Niepewnie naciska klamkę, wchodzi do środka, po czym zatrzaskuje je zaraz za swoimi plecami.
Odnajduje włącznik światła i niemal śmieje się sam z siebie, dostrzegając zwykłą spiżarnię. Biorąc pod uwagę mieszkających tu ludzi - nawet, jeśli zajmowali się tym, czym się zajmowali - wciąż mieli żołądki i na pewno lubili dobrze zjeść.
Odwrócił się do wyjścia i powędrował do łazienki za potrzebą. Nie minęły dwie minuty, gdy ponownie znalazł się w salonie. Niespodziewanie, drzwi zaskrzypiały a serce niemal utknęło mu w gardle.

- Um, jest tu kto? - usłyszał z korytarza, dlatego lekko wahając się, podszedł w owe miejsce. W holu stał blond włosy chłopak z kolczykiem we brwi i uchu, podejrzanie spoglądając na lokatego. To musiał być znajomy chłopców. Cóż, Harry spodziewał się jakiejś niebezpiecznej grupy punk’ów, ale los lubi go zaskakiwać.

- Jestem Michael - skwitował, podając mu rękę.

- Harry - wysila się na krótki uśmiech.

- Zgaduję, że to ty jesteś… Um, przyjacielem Louisa i Nialla, tak? - Michael wchodzi do salonu, jakby dobrze znał to miejsce. Siada na jednej z kanap, a Harry nagle znajduje się obok niego. Nadarza się okazja do wyciągnięcia nowych informacji.

- Tak - odpowiada - Długo znasz Lou?
Mikey wygląda na rozbawionego. Tak, jakby lata miały tutaj jakiekolwiek znaczenie - Dwa, może trzy lata.

- Oh.. - więc zapewne wiedział więcej niż Harry.

- Nie chcę być wścibski, ale jak udało ci się zaprzyjaźnić z Louisem? - blondyn odzywa się po chwili. Styles nie chce być niegrzeczny, bo przed chwilą to on zadał pytanie, dlatego decyduje się odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

- Cóż… - nie jest do końca pewien, czy powinien, ale ostatecznie robi to - Louis był fałszywym nauczycielem w mojej szkole - odpowiada. Michael wygląda na niewzruszonego.

- Ah, Malik coś mi o To… - gryzie się w język - Z resztą nie ważne - dodaje.

Harry miał zamiar włączyć telewizor, ale coś przykuwa jego uwagę. Michael nagle staje się spięty i… Oh, cholera, on musi coś wiedzieć!

- Coś nie tak? - pyta Harry, a chłopak obok wzdycha.

- Wiem, co dzieje się z takimi jak ty - mówi, a po plecach lokatego przebiegają nieprzyjemne dreszcze.

- To znaczy?

- Wszystkich, których Louis chciał bronić… Nie żyją.


*


Louis przyłożył broń do skroni chłopaka, kierując się złością i rozczarowaniem. Powoli, prawie bezgłośnie wyszeptał do jego ucha:

- Mów, albo zginiesz - jego palec gotowy był, by odpalić pistolet. Dotykał spustu.
Doskonale słyszał szybki oddech Nialla za swoimi plecami. Tylko on jeden nie był przyzwyczajony do tego typu sytuacji - zawsze był przeciwny używaniu broni do zastraszania, ale jego zdanie nie zmieniało niczego konkretnego w zachowaniu Louisa i Zayna, który od śmierci Perrie zmienił się w cichego zabójce. Właściwie Niall nie wie, czy zabijał ludzi - był świadkiem kilku postrzeleń, ale nie wie, czy ktokolwiek zginął z rąk Mulat. Jest za to pewien, że Louis właśnie przez niego przeżył tak ogromną przemiane.

- I tak mnie zabijesz - stwierdził pewnie Joe. To nie zdawało się wytrącić Louisa z równowagi. Naprawdę mógł zabić, ale… Nie dziś.

- Jeśli się nie wymkniesz, nie zabiję cie. - odpowiada - A teraz mów co planuje Trevor i po jaką cholerę znowu u niego byłeś!

Pomimo okrutniej zdrady jaką zafundował im Joe, chłopcy nie chcieli go likwidować - miał dostęp do wielu cennych informacji i wystarczyło przyprzeć do muru, by cokolwiek powiedział. Zbłądził, ale dostał kolejną szanse, gdy został namierzony.
Liam podchodzi do krzesła, na którym siedzi ich dawny przyjaciel, po czym macha przed jego oczami sporymi, metalowymi gwoździami. Joe przełyka ślinę.
Przenosi wzrok na Zayna, który uśmiecha się złowieszczo, gasząc papierosa na jego przedramieniu. Napina się, a żyły niemal wyskakują mu spod skóry. Czuje na swojej głowie zimny metal.
- Dobrze, już dobrze, tylko zabierz tą spluwę! - krzyczy, pełen strachu. Jego ciemne oczy są przepełnione łzami a pewność siebie skryła się za plecami.
Louis odrywa pistolet od jego skroni.

- Współpracuje z Nickiem Grimmshawem - odpowiada. Wszyscy wyglądają na zniecierpliwionych.

- Wiesz coś jeszcze? - pyta Liam, a chłopak przełyka gulę tkwiącą w jego gardle.

- Mówił coś o kasie, jaką mu wisicie za broń sprzedawaną przez was na jego terenie. Wspominał też o jakiejś Gemmie. Dał mi jej zdjęcie i kazał znaleźć w jakimkolwiek przedszkolu czy coś, ale na Boga, ona miała jakieś pięć lat - tłumaczy, a wszyscy drętwieją, bo nie ma wątpliwości co do tego, że plan współpracy Trevora i Nicka został już wcielony w życie.